Lekarze w aktach Jeffreya Epsteina: ginekolog i chirurg plastyczny – co wiemy z dokumentów?
Kiedy Doctor Youn – amerykański chirurg plastyczny, który od lat robi świetne, edukacyjne materiały o chirurgii plastycznej i medycynie estetycznej – wrzucił film o lekarzach przewijających się w ujawnionych dokumentach związanych z Jeffreyem Epsteinem. Doktor Youn wzywa do pełnej transparentności i pociągnięcia do odpowiedzialności wszystkich osób z kręgów medycznych, które milczały na temat krzywdy ofiar. Ta historia wraca jak bumerang: raz czytamy ją jak kronikę zbrodni, raz jak opowieść o pieniądzach i wpływach, innym razem jak listę nazwisk. Tyle że tym razem ciężar przesunął się w miejsce, które naprawdę boli. Bo jeśli w tej układance pojawiają się lekarze – ludzie, którzy z definicji mają kojarzyć się z ochroną, czujnością i odpowiedzialnością – to nie jest już tylko temat o „elitach”. To jest temat o tym, jak działa świat, kiedy autorytet ma przykrywać to, czego nikt nie chce zobaczyć.
Nie interesuje nas internetowe „rozliczanie” dla samej oglądalności publikacji. Nie interesuje nas też robienie clikbaitu ze skrótu pod tytułem: „jest nazwisko w aktach, więc jest wina”. To byłoby nieuczciwe wobec faktów i – co gorsza – wygodne dla wszystkich, którzy liczą na hałas, chaos i krótką pamięć. Interesuje nas coś dużo bardziej konkretnego, a zarazem dużo trudniejszego: skoro w ujawnionej korespondencji i w wątkach logistyczno-finansowych pojawiają się lekarze, to jakie to były relacje naprawdę? Jakim językiem ci ludzie pisali? Co mówi sam ton maili – ta zażyłość, ten żart, ta dyskrecja? Dlaczego wątki ginekologiczne brzmią tak, jakby były elementem omawianej procedury, a nie jednorazowym epizodem? I wreszcie: dlaczego część nazwisk jest utajniona – oraz co oznacza dla opinii publicznej fakt, że wciąż nie widzi całej listy nazwisk?
W medycynie nie da się zamknąć sprawy samym potępieniem przemocy, bo potępienie jest oczywiste i nie wymaga odwagi. Problem zaczyna się wcześniej – w momencie, gdy człowiek o publicznie znanej, toksycznej historii latami funkcjonuje wśród osób z autorytetem, a społeczeństwo, zupełnie naturalnie, przenosi na te osoby kredyt zaufania. Dlatego wątek „lekarzy w aktach” nie jest przypisem do historii Epsteina. To jest jeden z jej najbardziej wstydliwych rozdziałów – i jeden z tych, które najłatwiej byłoby zagadać, a najtrudniej uczciwie przepracować.
Co oznacza “nazwisko w aktach”…
Na początek zastrzegamy, że samo nazwisko w dokumentach, korespondencji czy zeznaniach nie jest wyrokiem. Jeśli o tym zapomnimy, wchodzimy w insynuację, a insynuacja w takich sprawach działa jak dym – zasłania fakty i wszystkim ułatwia ucieczkę od odpowiedzi. Jednocześnie, gdy mówimy o przemocy seksualnej i o mechanizmie, który miał działać latami, obecność „poważnych nazwisk” przestaje być niewinna, bo właśnie takie kręgi tworzą warunki, w których sprawca może wyglądać na „normalnego”. A w historii Epsteina normalności brak…
W materiałach, na których opieramy tę publikację (w tym w streszczeniu wątków z filmu Doctor Youna i w przywoływanych fragmentach), widać co najmniej trzy poziomy śladu. Pierwszy jest najlżejszy: czysty obieg towarzysko-środowiskowy – zaproszenie, lista gości, mail o wydarzeniu, ktoś kogoś zna „z branży”. Drugi jest cięższy, bo dotyczy tonu: zażyłość, żart, dyskrecja, język zaufania, czasem wręcz emocjonalna zależność, czyli coś, co nie przypomina neutralnego kontaktu. Trzeci poziom to już infrastruktura: pieniądze, powtarzalne płatności, paczki na adres domowy, umawianie wizyt, wątek ginekologów „dla dziewcząt”, a także zatajanie nazwisk w dokumentach. I te usuwanie fragmentów mówi jedno: opinia publiczna nadal widzi tylko fragment list nazwisk.
Longevity expert Peter Attia…
Wśród nazwisk pojawiających się w omawianych wątkach jest dr Peter Attia (Instagram link) – postać w USA dobrze znana osobom zainteresowanym tzw. medycyną długowieczności, prewencją i optymalizacją zdrowia, a zarazem środowiskowo kojarzona z elitarnym modelem usług zdrowotnych. W tych mailach nie chodzi o jeden niefortunny zwrot, tylko o ogólny ton, jaki dr Attia ma wobec Epsteina. Z jednej strony jest mail z tematem „mam świeżą dostawę”, w którym Attia pisze, że styl życia Epsteina jest tak szokujący, że „nie może nikomu o tym powiedzieć”. Z drugiej strony jest wiadomość do asystentki Epsteina, gdzie Attia przyznaje, że gdy długo nie widzi Epsteina, to „brakuje mu go” – i żartobliwie nazywa to „głodem J.”.
Nie ma tu potrzeby nadinterpretacji, bo sedno jest proste: to nie jest język chłodnego kontaktu, w którym ktoś “znał kogoś z branży”. To jest język zażyłości i komfortu w relacjach, a ten komfort w tej sprawie zawsze rodzi pytanie o granice – szczególnie wtedy, gdy mowa o człowieku, którego publiczny obraz, już od lat, nie powinien pozwalać na wchodzenie w bliższe relacje. Attia – według przywoływanych wyjaśnień – miał przeprosić za “niesmaczne” e-maile, tłumacząc, że “świeża dostawa” dotyczyła metforminy, a nie żadnych innych skojarzeń, podkreślając przy tym, że nie uczestniczył w przestępstwach i nie bywał na wyspie ani w samolocie Epsteina.
Tyle wyjaśnienia. Natomiast w perspektywie etycznej pozostaje problem, którego nie rozwiązuje nawet najbardziej logiczna interpretacja słowa “dostawa”: jeśli w relacji z Epsteinem pojawia się klimat sekretu (“nie mogę nikomu powiedzieć”) i emocjonalnej bliskości, to społeczeństwo ma prawo oczekiwać nie tylko przeprosin, ale także rzeczowej odpowiedzi, dlaczego w ogóle doszło do takiego poziomu zażyłości, skoro lekarze nie powinni wchodzić w świat, gdzie dyskrecja bywa narzędziem przemocy.
Deepak Chopra znany amerykański lekarz, pisarz i propagator medycyny alternatywnej…
Drugim nazwiskiem, które w tych materiałach wybrzmiewa wyjątkowo nieprzyjemnie, jest dr Deepak Chopra (Instagram link) – internista i endokrynolog, ale też człowiek, który od lat funkcjonuje globalnie jako twarz wellness: “rozwój”, “wrażliwość”, “lepsze życie”, “lepszy człowiek”. I właśnie dlatego ten wątek tak mocno bulwersuje. Nie dlatego, że jest medialny, tylko dlatego, że zderzenie wizerunku z treścią korespondencji jest tu trudne do zignorowania.
W przywoływanych fragmentach korespondencji pojawia się ton bliskości, który nie wygląda na kontakt przypadkowy. Jest zaproszenie do Izraela z sugestią użycia fałszywego nazwiska i zdaniem o tym, żeby “zabrać swoje dziewczyny”. Jest też cytat: „God is a construct Cute girls are real”. Pojawia się wreszcie opis jednej z dziewcząt jako „niewinnej i mądrej jednocześnie”. Chopra – według jego publicznych wyjaśnień – potępił wszelkie formy wykorzystywania i stwierdził, że jego kontakt z Epsteinem był ograniczony oraz niezwiązany z jakąkolwiek działalnością przestępczą.
I oczywiście: można przyjąć, że ktoś “nie wiedział”, można tłumaczyć to naiwnością albo niefortunnym językiem. Tyle że w sprawie Epsteina nie ma “niewinnego” słownictwa, kiedy w jednym zdaniu spotykają się “fałszywe nazwisko”, “dziewczyny” i klimat dyskrecji. To są słowa, które w jego świecie nie funkcjonowały przypadkiem – one były częścią mechanizmu: utrzymywania pozorów, przesuwania granic i budowania komfortu, w którym nikt nie pyta o szczegóły. Dlatego z naszej perspektywy nie jest to wątek wyłącznie o tym, czy ktoś jest winny. To jest wątek o standardzie. Bo jeśli lekarz, nawet będący ikoną, wchodzi w język, który w tym kontekście brzmi jak normalizowanie “układu” z Epsteinem, to ktoś tu ma problem z własnym lustrem.
Dr Mehmet Oz emerytowany kardiochirurg i dr Dean Ornish znany amerykański kardiolog, badacz…
W przywoływanych materiałach pojawiają się także nazwiska dr Mehmeta Oza (Instagram link) oraz dr Deana Ornisha (Instagram link). W ich przypadku ślad jest opisywany jako skromny: kontekst zaproszenia na wydarzenie, e-mail dotyczący eventu, kontakt środowiskowy po spotkaniu na konferencji. Dla niektórych czytelników jest to argument, by powiedzieć: “nic wielkiego”. Jednak właśnie w sprawie Epsteina “nic wielkiego” bywało elementem układanki, bo on nie zawsze potrzebował relacji bliskich – czasem wystarczało mu, że pojawia się w obiegu, w którym krążą nazwiska kojarzone z wielkim autorytetem.
To działa jak miękka legitymizacja: skoro człowiek jest zapraszany, skoro dostaje maile, skoro bywa na wydarzeniach, skoro jest “gdzieś obok” ludzi o reputacji, to wiele osób przestaje zadawać pytania, ponieważ pytania kosztują. I w tej historii koszt zadawania pytań przerzucano przez lata na ofiary.
Ginekologia…
W mailach z akt Epsteina pojawiają się nazwiska „Sale” i „Romoth”. Z tych wiadomości wynika, że to byli ginekolodzy, do których umawiano wizyty dla „dziewcząt”. Jest też fragment, w którym ktoś pyta, czy wizyta ma być „u Romotha”, czy w innej klinice. Sposób, w jaki o tym pisano, brzmi jak coś, co już wcześniej robiono i co dało się szybko powtórzyć, a nie jak jednorazowa sytuacja.
To jest ważne, bo w historii Epsteina słowo „dziewczęta” nie jest neutralne i nie da się go czytać jak zwykłego określenia pacjentek. Jeśli ktoś organizował im wizyty u ginekologów w taki sposób, to wygląda to jak element stałego schematu. Nie twierdzimy, że ci lekarze są winni przestępstwa – tego nie wiemy. Mówimy tylko, że same takie zapisy w korespondencji są poważne i powinny być wyjaśnione: kto te wizyty organizował, w jakim celu i co dokładnie oznaczało to w praktyce.
Mark Landon lekarz i profesor na Uniwersytecie Stanowym Ohio kierownik katedry położnictwa i ginekologii…
W aktach pojawia się też dr Mark Landon. To ginekolog i profesor. W dokumentach przewija się wątek pieniędzy: Epstein miał mu regularnie płacić po 25 tysięcy dolarów co kilka miesięcy na początku lat 2000. Do tego w latach 2001–2005 Epstein miał wysyłać do niego paczki na adres domowy. Landon tłumaczył, że to była zapłata za doradzanie przy inwestycjach w biotechnologię i że nie wiedział o zbrodniach Epsteina.
Same pieniądze nie są automatycznie dowodem przestępstwa. Ale w takiej sprawie pieniądze są ważne, bo pokazują, że to nie była luźna znajomość “z przypadku”. A w medycynie jest jeszcze jeden problem: jeśli lekarz bierze duże pieniądze od człowieka takiego jak Epstein, to ludzie mają prawo pytać, czy to nie wpływa na jego decyzje i czy wszystko było przejrzyste. Nawet jeśli Landon mówi prawdę o konsultingu, to i tak zostają pytania: dlaczego te kontakty w ogóle istniały, czemu były tak regularne i dlaczego nikt wcześniej nie powiedział o tym jasno i otwarcie.
Jess Ting chirurg plastyczny…
W aktach i opisach związanych z Epsteinem pojawia się też dr Jess Ting, chirurg plastyczny. Z podawanych informacji wynika, że znał Epsteina od lat, bywał u niego w domu i miał też lecieć na jego prywatną wyspę. Jest nawet ujawniona korespondencja mailowa z marca 2013 roku, w której osoba z otoczenia Epsteina (podpisana jako Lesley) pisze do dr. Tinga wprost, żeby sprawdzić, czy pasuje mu konkretny dzień, żeby „pojechać się pobawić na wyspie Jeffreya”, oraz żeby ustalić termin i logistykę. To pokazuje, że nie był to kontakt przypadkowy, tylko relacja na tyle bliska, że takie zaproszenie padało normalnym tonem.
I tu jest sedno problemu: w tej historii nie chodzi tylko o to, czy ktoś napisał “obrzydliwego maila” o dziewczynach. Chodzi o to, że Epstein miał już wtedy bardzo złą reputację i ogromny cień za sobą, a mimo to potrafił funkcjonować wśród ludzi z tytułami i autorytetem. Jeśli lekarz utrzymuje z nim relację, bywa u niego, przyjmuje takie zaproszenia albo w ogóle daje się wciągnąć w ten świat, to pomaga mu wyglądać na człowieka „z dobrego towarzystwa”, z którym można się pokazać i którego można traktować jak normalnego znajomego. A to dla Epsteina było bardzo ważne- bo im bardziej wyglądał “normalnie”, tym dłużej inni przymykali oczy.
Utajnione nazwiska…
W ujawnionych dokumentach jest mail, w którym ktoś pyta Epsteina wprost: „Czy pamiętasz nazwisko ginekologa, do którego wysyłałeś swoje ofiary?”. Epstein odpowiada krótko: „Nowy Jork.” I teraz najważniejsze: nie wiemy, kto zadał to pytanie, bo nazwisko tej osoby jest utajnione. Czyli ktoś zdecydował, że czytelnik ma zobaczyć pytanie i odpowiedź, ale ma nie zobaczyć, kto za tym stoi.
To jest ważne, bo utajnienia nie robi się bez powodu. Ukrywa się dane wtedy, kiedy są wrażliwe: mogą dotyczyć kogoś, kogo ktoś chce chronić, mogą dotyczyć wątku, który nadal jest badany, albo mogą dotyczyć ludzi, których rola nie została jeszcze wyjaśniona. Nie musimy zgadywać powodu, bo i tak nie mamy pełnych akt. Wystarczy uczciwie powiedzieć jedno: skoro część danych jest utajniona, to znaczy, że opinia publiczna wciąż nie widzi całej mapy tej historii. A jeśli nie widzi całej listy, to nie da się uczciwie powiedzieć: „wiemy wszystko, temat zamknięty”.
Komentarz Redakcji…
Sytuację z Jeffreyem Epsteinem można przełożyć na nas wszystkich, ponieważ nie jest to wyłącznie historia o sprawcy, lecz historia o środowisku, w którym status, pieniądze i dyskrecja potrafią zagłuszyć moralne odruchy, a nawet zawodową czujność. Najgorsze rzeczy rzadko zaczynają się od sceny przemocy w świetle reflektorów; częściej zaczynają się od tego, że ktoś prosi o milczenie, ktoś nie zadaje pytania, ktoś woli “nie wiedzieć”, bo wiedza kosztowałaby utratę relacji, wpływu, pieniędzy albo komfortu.
I dlatego wnioskiem z tej historii nie powinno być chwilowe oburzenie, tylko dojrzała ostrożność. Trzeba uważać na relacje budowane na dyskrecji – takie, w których najpierw pojawia się prośba o milczenie, a dopiero potem jakiekolwiek wyjaśnienie. Trzeba uważać na ludzi, którzy swoją pozycję “podpierają” cudzym nazwiskiem, cudzym tytułem, cudzym autorytetem, bo to jest najprostszy sposób, żeby przestać wyglądać podejrzanie. I trzeba uważać na środowiska, w których „nie wypada” zadawać pytań, bo ktoś jest wpływowy, bogaty, dobrze umocowany albo otoczony ludźmi, którzy robią za jego tarczę.
To nie jest umoralnianie, tylko wniosek z mechanizmu, który widać w tej sprawie jak na dłoni: przemoc nie wygrywa dlatego, że jest silna, tylko dlatego, że bywa wygodnie jej nie widzieć. A kiedy w grę wchodzą status, pieniądze i towarzyskie układy, granice zaczynają przesuwać się po cichu – raz, drugi, trzeci – aż ktoś słabszy zostaje sam, bez ochrony, bez głosu i bez wiary, że ktokolwiek mu uwierzy. W takich środowiskach zawsze przegrywa ktoś słabszy, chyba że znajdzie się ktoś, kto w porę przestanie się bać „nietaktu” i zacznie nazywać rzeczy po imieniu.
ZASTRZEŻENIE Treści z naszego portalu są jedynie wskazówkami dla zainteresowanych i zawsze rekomendujemy skonsultowanie się z wykwalifikowanym specjalistą w przypadku jakichkolwiek pytań lub wątpliwości dotyczących danego tematu. Nie są to treści edukacyjne. Administratorzy portalu nie ponoszą żadnych konsekwencji wynikających z wykorzystania informacji zawartych na naszych stronach. Wszelkie treści umieszczane na niniejszej stronie internetowej chronione są prawem autorskim.







