Elva i silikon w twarzy: pomoc pacjentce czy medialny spektakl?
Od kilku tygodni internet śledzi kolejne odsłony tej samej historii. Elva, bo pod takim pseudonimem od lat funkcjonuje w sieci, która przez długi czas samodzielnie wstrzykiwała sobie w twarz silikon, olej parafinowy, akryl oraz inne substancje o niepewnym pochodzeniu. Została odnaleziona przez zespół lekarza zajmującego się medycyną estetyczną, trafiła do jego gabinetu, a później na jego profile w mediach społecznościowych, do „Dzień Dobry TVN”, na Pudelka i do kolejnych mediów. W krótkim czasie historia Elvy, która bezsprzecznie potrzebuje specjalistycznej pomocy, rozlała się po całym internecie.
Każda kolejna komplikacja stawała się nowym odcinkiem tej samej opowieści. Najpierw pokazano deformacje twarzy, później ropień, otwartą ranę, wypływający płyn, ryzyko utraty wzroku i możliwe zagrożenie życia. Pojawiały się następne posty, nagrania, rolki i dramatyczne aktualizacje, a odbiorcy byli zachęcani do śledzenia tego, „co dzieje się z Elvą”. Zamiast jednego, odpowiedzialnie przygotowanego materiału ostrzegawczego powstała wieloodcinkowa narracja, w której każda kolejna tragedia pacjentki dostarcza nowych treści a raczej setek komentarzy internautów, które nota bene były i są nadal usuwane, ale tylko te, które w treści wskazują na wykorzystywanie sytuacji pacjentki, te, które są jej nieprzychylne… pozostają, obrażając człowieka. Czyli PRowo dbamy o siebie nie o pacjenta.
A my z czysto ludzkiego punktu pytamy: Dlaczego nawet jeśli ktoś upublicznia w jakimś celu historię Elvy, po prostu nie wyłaczy komentowania? Prosty sposób, ale zapewne nie na zasięgi, a Instagram kocha komentarze i jak największą ich ilość…
I właśnie w tym miejscu należy postawić pytanie, które powinno paść znacznie wcześniej: komu taki sposób prowadzenia tej historii rzeczywiście służy? Czy służy Elvie, która według publicznie przedstawianych informacji wymaga kompleksowego leczenia psychiatrycznego, psychologicznego i medycznego, czy raczej mediom, zasięgom, rozpoznawalności oraz klikalności? Czy kolejne zdjęcia i aktualizacje miały jeszcze realną wartość edukacyjną, czy zaczęły już przede wszystkim podtrzymywać zainteresowanie odbiorców dramatem konkretnej osoby?
Nie kwestionujemy, że intencją lekarza mogła być pomoc. Nie mamy dostępu do dokumentacji medycznej, pełnej treści zgód ani ustaleń pomiędzy pacjentką a osobami zaangażowanymi w jej leczenie. Możemy jednak oceniać to, co zostało świadomie pokazane opinii publicznej, a pokazano bardzo wiele: twarz, deformacje, rany, pogarszający się stan zdrowia, niepokojące zachowania oraz informacje dotyczące decyzji terapeutycznych. W pewnym momencie przestało to przypominać edukację, a zaczęło wyglądać jak publiczne relacjonowanie cudzego wielkiego kryzysu.
Edukacja czy ekspozycja?
Nikt rozsądny nie powinien kwestionować potrzeby nagłaśniania zagrożeń związanych z czarnym rynkiem medycyny estetycznej. Ludzie kupują przez internet niecertyfikowane preparaty, oglądają samouczki i samodzielnie wstrzykują sobie substancje, których składu, czystości ani bezpieczeństwa nie są w stanie zweryfikować. Takie działania mogą prowadzić do zakażeń, przewlekłych stanów zapalnych, martwicy, migracji preparatu, deformacji, uszkodzeń naczyń, zaburzeń widzenia, a w skrajnych przypadkach również do zagrożenia życia. O tym trzeba mówić jasno, stanowczo i bez zamiatania problemu pod dywan.
Istnieje jednak ogromna różnica pomiędzy edukowaniem o niebezpiecznym zjawisku a wykorzystywaniem konkretnej, rozpoznawalnej i cierpiącej osoby jako jego żywej ilustracji. Elva nie jest anonimowym przypadkiem klinicznym opisanym po zakończeniu leczenia, z ograniczeniem danych do niezbędnego minimum i po pełnej anonimizacji. Jest człowiekiem z twarzą, pseudonimem, miejscem zamieszkania, historią i wieloletnią obecnością w mediach społecznościowych. Jej kryzys nie został opisany wyłącznie jako problem medyczny, lecz zamienił się w narrację, którą można było śledzić niemal w czasie rzeczywistym.
Według publicznych wypowiedzi osób zaangażowanych w tę sprawę Elva może zmagać się z dysmorfofobią oraz innymi poważnymi problemami psychicznymi. Nie stawiamy jej diagnozy i nie mamy do tego podstaw, jednak skoro taki wątek został publicznie podniesiony, należy zadać zasadnicze pytanie: czy osoba znajdująca się w głębokim kryzysie psychicznym jest w stanie w pełni przewidzieć konsekwencje zostania bohaterką viralowej historii? Czy rozumie, że jej wizerunek zostanie skopiowany przez portale, zapisany przez tysiące osób, wykorzystany w nagłówkach i przywoływany jeszcze przez wiele lat?
Sama zgoda na publikację nie zamyka dyskusji o odpowiedzialności. Lekarz powinien pytać nie tylko, czy pacjentka zgodziła się na pokazanie twarzy, ale przede wszystkim, czy dana publikacja rzeczywiście jej służy. Powinien ocenić, czy nie pogłębia kryzysu, nie wzmacnia zachowań autodestrukcyjnych i nie czyni z chorego człowieka źródła kolejnych treści. Formalne pozwolenie nie zwalnia profesjonalisty z obowiązku postawienia granicy tam, gdzie pacjent sam może nie być w stanie jej postawić.
Naszym zdaniem ta granica została przekroczona. Nie dlatego, że podjęto próbę pomocy, lecz dlatego, że pomoc zaczęła być relacjonowana w sposób, który coraz bardziej przypominał medialny serial. Edukacja nie wymaga pokazywania każdej rany, każdej komplikacji i każdego pogorszenia. Można przekazać prawdę, wiedzę nie pokazując wszystkiego.
Kiedy pacjent staje się projektem medialnym?
Najbardziej niepokojąca w tej historii jest jej seryjność. Jeden materiał ostrzegawczy można jeszcze uzasadniać potrzebą edukacji społecznej, ale kiedy każdy ropień, każda rana, każdy nawrót i każdy dramatyczny zwrot stają się podstawą do kolejnego wpisu, filmu lub artykułu, pacjent przestaje być przedstawiany przede wszystkim jako człowiek wymagający ochrony. Zaczyna funkcjonować jak projekt medialny, który regularnie dostarcza nowych tematów i klikalności.
Ropień staje się aktualizacją, otwarta rana materiałem do rolki, ryzyko utraty wzroku nagłówkiem, a odmowa leczenia kolejnym zwrotem akcji. Pod każdą publikacją rosną komentarze, zasięgi, wyświetlenia oraz rozpoznawalność osób relacjonujących sprawę. Nawet jeśli na początku intencją była edukacja, w pewnym momencie cierpienie pacjentki zaczęło pełnić również funkcję paliwa dla zainteresowania odbiorców.
Nie trzeba zakładać złej woli, aby dostrzec problem. Można naprawdę chcieć pomóc, a jednocześnie wybrać sposób działania, który przynosi skutki odwrotne do zamierzonych. Dobra intencja nie wyklucza błędnej decyzji, szczególnie wtedy, gdy do medycyny wkracza logika mediów społecznościowych, a każda kolejna dramatyczna publikacja generuje większe zainteresowanie niż poprzednia.
Żadna osoba mogąca znajdować się w poważnym kryzysie psychicznym, nie potrzebuje stałego zainteresowania tysięcy obserwujących. Nie potrzebuje ludzi analizujących każdy fragment jej twarzy, czekających na kolejną komplikację i komentujących, czy tym razem sytuacja okaże się jeszcze bardziej dramatyczna. Potrzebuje leczenia, spokoju, ochrony prywatności oraz granic postawionych przez osoby, które mają większą wiedzę, większy autorytet i większą odpowiedzialność.
„Materiał edukacyjny” nie jest immunitetem
Kolejne publikacje dotyczące Elvy były przedstawiane jako ostrzegawcze i edukacyjne. Miały pokazywać, do czego prowadzi samodzielne podawanie nieznanych substancji i dlaczego zabiegi medycyny estetycznej nie powinny być wykonywane w domu. Sam przekaz jest potrzebny, ponieważ społeczeństwo rzeczywiście musi wiedzieć, jakie konsekwencje może mieć kupowanie preparatów z niepewnych źródeł.
Problem polega jednak na tym, że nazwanie materiału edukacyjnym nie sprawia automatycznie, że każda metoda prezentowania pacjenta staje się właściwa. Słowo „edukacja” nie może działać jak immunitet, który pozwala pokazać wszystko, jeśli tylko na końcu publikacji pojawi się ostrzeżenie. Nie usuwa ono nierównowagi pomiędzy lekarzem a pacjentem, nie anuluje odpowiedzialności za możliwe skutki psychologiczne i nie zmienia faktu, że raz opublikowanego materiału nie da się później całkowicie usunąć z internetu.
Pacjent może zgodzić się na publikację, nie rozumiejąc, że jej konsekwencje będą znacznie szersze niż jeden post. Może nie przewidzieć, że jego wizerunek trafi do tabloidów, programów telewizyjnych, materiałów komentujących i prywatnych archiwów tysięcy osób. Tym bardziej osoba, której zdolność oceny sytuacji może być osłabiona przez zaburzenia psychiczne, nie powinna pozostawać jedynym strażnikiem własnej prywatności.
To profesjonalista powinien powiedzieć, że dalej nie będziemy tego pokazywać. Powinien postawić granicę nawet wtedy, gdy pacjent chce kolejnej publikacji, media proszą o materiał, a każda aktualizacja przynosi dziesiątki tysięcy wyświetleń. Ochrona pacjenta nie polega wyłącznie na wykonywaniu procedur medycznych. Czasami polega również na odmowie wykorzystania jego historii.
Przez ponad 18 lat naszej pracy na rzecz pacjentów nigdy nie wykorzystywałyśmy ich historii – zwłaszcza w trakcie udzielania pomocy, leczenia czy rekonwalescencji – do budowania oglądalności własnych materiałów. Nie publikowałyśmy dziesiątek kolejnych nagrań, które łącznie miałyby długość wielometrażowych produkcji i generowały niemal kinową widownię. Być może jako media wypadamy dziś dziwnie w tym przedziwnym świecie, w którym cudze cierpienie tak łatwo zamienia się w treść, jednak dla nas kolejność zawsze była i pozostaje niezmienna: najpierw godność pacjenta, jego prywatność i bezpieczeństwo, a dopiero później publikacja. Zwłaszcza pacjent poszkodowany często chce natychmiast opowiadać, pokazywać i ujawniać wszystko, ale właśnie wtedy rolą odpowiedzialnej redakcji jest zatrzymać emocje, ochronić człowieka i nie pozwolić, aby jego kryzys stał się paliwem dla zasięgów.
Kamera może wzmacniać to, co należało wygasić
W tej sprawie nie chodzi tylko o godność i prywatność. Równie ważne jest pytanie o to, czy medialna ekspozycja mogła wzmacniać mechanizm, który należało wyciszać. Osoba z zaburzonym postrzeganiem własnego ciała może kompulsywnie poszukiwać kolejnych ingerencji w wygląd, mimo że wcześniejsze działania doprowadziły już do poważnych szkód. Może odrzucać leczenie, bagatelizować zagrożenie i wracać do zachowań, które z zewnątrz wydają się całkowicie nieracjonalne. A z doniesień wynika, że w przypadku Elvy tak się niestety ponownie dzieje.
Jeżeli każda kolejna samoiniekcja nieznanym preparatem lub komplikacja wywołuje falę komentarzy, wiadomości, artykułów i programów telewizyjnych, uwaga publiczności może stać się częścią mechanizmu podtrzymującego całe zachowanie. Nie twierdzimy, że w przypadku Elvy taki związek został klinicznie potwierdzony, ponieważ nie mamy dostępu do jej dokumentacji. Uważamy jednak, że samo ryzyko powinno zostać potraktowane niezwykle poważnie przez osoby, które zdecydowały się wprowadzić jej historię do szerokiego obiegu medialnego.
Kamera nie jest neutralna, podobnie jak tysiące komentarzy i kolejnych powiadomień. Człowiek znajdujący się w kryzysie może zacząć funkcjonować wewnątrz roli, którą stworzył wokół niego internet. Jeżeli każda kolejna komplikacja przynosi więcej uwagi niż poprzednia, zainteresowanie może stać się dodatkowym czynnikiem wzmacniającym zachowanie, które powinno być wygaszane.
Właśnie dlatego tak trudno pogodzić deklarowaną potrzebę leczenia psychiatrycznego i psychologicznego z równoczesnym podtrzymywaniem medialnego zainteresowania. Nie da się chronić Elvy przed presją, jednocześnie stale kierując na nią uwagę odbiorców. Nie można mówić o konieczności wyciszenia kryzysu, a zarazem produkować kolejne treści na jego temat.
Gdzie naprawdę dzieje się pomoc?
Prawdziwa pomoc w takim przypadku nie wygląda jak seria rolek, zdjęć ran i dramatycznych komunikatów. Powinna rozpocząć się od pełnej oceny psychiatrycznej, ustalenia stopnia zagrożenia dla zdrowia i życia oraz oceny, czy pacjentka jest gotowa do długotrwałego leczenia. Dopiero na tej podstawie można budować plan postępowania obejmujący nie tylko skutki fizyczne, lecz także przyczyny powracających zachowań.
Potrzebny jest wielospecjalistyczny zespół: psychiatra, psycholog kliniczny lub psychoterapeuta, chirurg plastyczny, okulista, specjalista chorób zakaźnych oraz lekarze zajmujący się powikłaniami po zabiegach medycyny estetycznej. Konieczna może być diagnostyka obrazowa, ocena uszkodzeń tkanek, leczenie zakażeń i monitorowanie ryzyka utraty wzroku. Równie ważne jest jednak ograniczenie ryzyka dalszego samouszkadzania.
Nie ma sensu naprawiać tkanek, jeśli pacjentka równocześnie wraca do samodzielnych iniekcji lub odrzuca podstawowe zalecenia. Pomoc może więc oznaczać konieczność wstrzymania wszelkich procedur estetycznych do momentu ustabilizowania stanu psychicznego. Może wymagać wielu miesięcy terapii, konsekwentnego stawiania granic i pracy prowadzonej całkowicie poza kamerą.
Taki proces nie jest efektowny, nie daje codziennych aktualizacji w social mediach i nie odpowiada na potrzeby publiczności czekającej na kolejny zwrot akcji. Jest jednak jedyną odpowiedzialną drogą, jeśli rzeczywistym celem ma być dobro pacjentki. Leczenie nie jest serialem i nie powinno być podporządkowane rytmowi mediów społecznościowych.
Najpierw skierowano na nią reflektory, później zaapelowano o ciszę…
Szczególnie trudno zaakceptować sytuację, w której po tygodniach nagłaśniania sprawy pojawiły się apele o niewysyłanie wiadomości, niezadawanie pytań i powstrzymanie obraźliwych komentarzy. Oczywiście internauci nie powinni nękać pacjentki, obrażać jej ani ingerować w jej życie. Hejt jest niedopuszczalny i powinien być usuwany.
Nie można jednak zachowywać się tak, jakby zainteresowanie opinii publicznej pojawiło się samo. Najpierw świadomie skierowano na Elvę reflektory, a kolejne publikacje sprawiły, że jej historia wyszła poza dotychczasowy profil i trafiła do telewizji, tabloidów oraz szerokiej opinii publicznej. To seryjne aktualizacje nauczyły odbiorców, że będą pojawiać się kolejne odcinki.
Nie można przez wiele tygodni budować zainteresowania, a później dziwić się, że ludzie pytają, komentują i chcą wiedzieć, co wydarzy się dalej. Nie można zaprosić publiczności na spektakl, a następnie mieć do niej pretensji, że patrzy. Największy problem polega na tym, że w centrum tego spektaklu nie stoi zawodowa influencerka prowadząca kampanię reklamową, lecz osoba wymagająca leczenia i ochrony.
Odpowiedzialność nie kończy się więc na usuwaniu obraźliwych komentarzy. Należało znacznie wcześniej zadać pytanie, czy w ogóle powinno dojść do tak szerokiej ekspozycji pacjentki. Trudno apelować o ciszę wokół człowieka, którego wcześniej samemu postawiło się na środku medialnej sceny obok siebie oczywiście.
Lekarz powinien kierować się dobrem pacjenta, a nie logiką PR-u
Lekarz ma przede wszystkim pomagać pacjentowi, a dopiero później słuchać osób odpowiedzialnych za komunikację, marketing czy public relations. Jeżeli ktokolwiek doradził stworzenie z tej historii wieloodcinkowej narracji medialnej, taka rekomendacja powinna zostać odrzucona na samym początku. PR nie może sterować medycyną, ponieważ to dobro pacjenta, etyka i bezpieczeństwo powinny wyznaczać granice komunikacji.
Lekarz nie może zasłaniać się tym, że media społecznościowe prowadzi ktoś inny. Ostateczna odpowiedzialność za sposób przedstawiania pacjenta spoczywa również na osobie, która udostępnia swój autorytet, nazwisko, wizerunek oraz kanały komunikacji. To lekarz powinien ocenić, czy publikacja jest rzeczywiście potrzebna i czy nie narusza interesu osoby, której dotyczy.
W relacji lekarz–pacjent stroną słabszą pozostaje pacjent. Lekarz ma wiedzę, autorytet, zaplecze, kontakty medialne i doświadczenie. Pacjent ma chorobę, lęk oraz przekonanie, że osoba, do której trafia, będzie działała przede wszystkim w jego interesie.
Ta nierównowaga nakłada na lekarza szczególną odpowiedzialność, zwłaszcza wtedy, gdy pacjent może mieć zaburzoną zdolność oceny własnej sytuacji. Czasami profesjonalizm polega nie na spełnieniu prośby o kolejne nagranie, lecz na odmowie i powiedzeniu, że dalsza ekspozycja nie służy leczeniu.
Krytyka etyczna nie jest hejtem
Pod publikacjami dotyczącymi Elvy pojawiły się setki komentarzy. Część osób broni lekarza, wskazując, że próbował pomóc, zorganizował konsultacje i nagłośnił ważny problem. Tego nie negujemy, ponieważ dobra intencja mogła być autentyczna.
Dobra intencja nie wyklucza jednak błędnej decyzji. Coraz więcej komentujących pyta, czy pomoc udzielana przy otwartych drzwiach mediów społecznościowych nadal pozostaje pomocą, czy zaczyna być widowiskiem. Pojawiają się głosy, że publikowanie kolejnych etapów kryzysu buduje oglądalność na cierpieniu i może utrwalać pacjentkę w roli bohaterki internetowej sensacji.
Nie wszystkie komentarze są merytoryczne. Te, które poniżają pacjentkę, wyśmiewają jej wygląd lub ją obrażają, powinny być bezwzględnie usuwane. Nie są. Nie wolno jednak wrzucać do jednego worka hejtu oraz uzasadnionej krytyki etycznej.
Pytanie o granice publikowania cierpienia pacjenta nie jest hejtem. Jest pytaniem o standardy zawodowe, ochronę prywatności i odpowiedzialność lekarza. Powinno interesować całe środowisko medyczne, ponieważ wraz z rozwojem mediów społecznościowych coraz częściej pacjent staje się elementem budowania eksperckiego wizerunku.
Świadomy pacjent to bezpieczny pacjent, ale świadomość nie oznacza bycia obserwowanym
Od ponad 18 lat edukujemy pacjentów w zakresie medycyny estetycznej i chirurgii plastycznej oraz pomagamy osobom z powikłaniami pod naszym mottem: „Uzewnetrznij swoje piękno świadomie, bo świadomy pacjent to bezpieczny pacjent” Przez ten czas widzieliśmy pacjentów, którzy odrzucali pomoc, wracali do zachowań szkodzących zdrowiu, bagatelizowali objawy i pozostawali w mechanizmach prowadzących do kolejnych szkód.
U Elvy może z ogromną siłą uaktywniać się mechanizm powrotu do tego, co ją niszczy, ponieważ w tej historii źródłem zagrożenia nie jest ktoś z zewnątrz, lecz ona sama i podejmowane przez nią działania. W pewnym sensie staje się jednocześnie ofiarą i własnym oprawcą, do którego wciąż powraca, mimo że skutki tych zachowań są coraz poważniejsze. Tym bardziej nie wolno wzmacniać tego mechanizmu zainteresowaniem mediów, kolejnymi publikacjami i publicznością oczekującą następnego odcinka. W takiej sytuacji potrzebne są leczenie, cisza, granice i konsekwentna opieka specjalistyczna, a nie kolejne bodźce, które mogą podtrzymywać autodestrukcyjny schemat.
Wiemy, że reakcje osób poszkodowanych nie zawsze są racjonalne z perspektywy obserwatora. Człowiek w kryzysie może zaprzeczać zagrożeniu, wracać do niebezpiecznych działań i jednocześnie odrzucać osoby próbujące go chronić. Właśnie dlatego od początku uważałyśmy, że pomoc Elvie powinna odbywać się w ciszy gabinetu, przy udziale wielospecjalistycznego zespołu i bez medialnej publiczności.
Pacjent w takim stanie nie potrzebuje kolejnych nagłówków, tysięcy wyświetleń ani ludzi analizujących każdy fragment jego twarzy. Potrzebuje leczenia, ochrony, spokoju oraz konsekwentnej pracy specjalistów. To jest pomoc, nawet jeśli nie da się jej zamienić w atrakcyjną rolkę.
Można edukować o silikonie, parafinie, akrylu i preparatach niewiadomego pochodzenia bez pokazywania twarzy Elvy. Można opisać dysmorfofobię bez ujawniania jej życia. Można ostrzegać przed samodzielnymi iniekcjami bez publikowania otwartej rany konkretnej osoby. Nie trzeba pokazywać wszystkiego, aby powiedzieć prawdę i przekazać wiedzę.
Dlaczego nie pokazujemy twarzy Elvy?
Nie pokazujemy twarzy Elvy, ponieważ została już pokazana zbyt wiele razy, a my nie chcemy dokładać kolejnego zasięgu do historii, która dawno przestała być wyłącznie materiałem ostrzegawczym. Jej cierpienie nie jest ilustracją, a rozpoznawalność nie jest leczeniem. Publiczność nie zastąpi psychiatry, psychologa, chirurga ani zespołu medycznego.
Nawet jeśli pacjentka wyraziła zgodę na publikację, osoby zaangażowane w jej sprawę nadal powinny ocenić, czy kolejne upublicznianie informacji rzeczywiście służy jej dobru. Człowiek znajdujący się w kryzysie nie powinien stawać się paliwem dla zasięgów, a pacjent nie może być traktowany jak content, którego wartość rośnie wraz z dramatyzmem kolejnej komplikacji.
Elva nie potrzebuje następnych odsłon własnej tragedii. Potrzebuje cierpliwego, dyskretnego i długotrwałego leczenia, którego nie da się odpowiedzialnie prowadzić przy otwartych drzwiach mediów społecznościowych. Można pomagać i nie publikować, można edukować i nie eksponować, można ostrzegać społeczeństwo bez zamieniania chorego człowieka w centrum medialnego spektaklu.
Medialny cyrk wokół osoby wymagającej pomocy nie jest terapią i nie jest warunkiem skutecznej edukacji. Jest wyborem komunikacyjnym, za który ktoś ponosi odpowiedzialność. W tej sprawie granica powinna zostać postawiona znacznie wcześniej.
Osoba, która kompulsywnie ingeruje w swój wygląd, samodzielnie podaje sobie nieznane substancje lub nie potrafi przerwać zachowań prowadzących do uszkodzenia ciała, może wymagać pilnej konsultacji psychiatrycznej i psychologicznej. Dysmorfofobia jest zaburzeniem, które można leczyć, jednak pierwszym krokiem powinna być rozmowa ze specjalistą, a nie poszukiwanie kolejnych zabiegów, publikacji i reakcji odbiorców.
I jak Wam się podoba analizowanie zachowań w social mediach – nie pacjentów, lecz tych, którzy deklarują, że im pomagają? Możecie nas lubić albo nie, zgadzać się z nami lub nie, ale dla nas najważniejszy zawsze pozostaje człowiek, jego godność, bezpieczeństwo i prawo do pomocy udzielanej bez kamer, klikalności i medialnego widowiska.
W tej branży jesteśmy jednymi z nielicznych mediów, które nie ograniczają się do bezpiecznego opisywania rzeczywistości, lecz mają odwagę wyrażać własne zdanie. Robimy to przez pryzmat niemal dwóch dekad obserwowania lekarzy, pacjentów, powikłań, kryzysów i mechanizmów, które wciąż powracają pod nowymi nazwami.
Czy się to komuś podoba, czy nie – jesteśmy i będziemy wyłapywać takie problemy, nazywać je po imieniu i stawać po stronie pacjenta, szczególnie wtedy, gdy inni wolą patrzeć na statystyki zasięgów.
Jeśli Ty lub ktoś z Twojego otoczenia zmaga się z zaburzonym postrzeganiem własnego wyglądu lub kompulsywnym poddawaniem się zabiegom, warto skontaktować się z psychiatrą lub psychologiem klinicznym. Dysmorfofobia jest rozpoznawalnym i leczalnym zaburzeniem, a pierwszym krokiem do pomocy jest rozmowa ze specjalistą, nie szukanie publiczności.
ZASTRZEŻENIE Treści z naszego portalu są jedynie wskazówkami dla zainteresowanych i zawsze rekomendujemy skonsultowanie się z wykwalifikowanym specjalistą w przypadku jakichkolwiek pytań lub wątpliwości dotyczących danego tematu. Nie są to treści edukacyjne. Administratorzy portalu nie ponoszą żadnych konsekwencji wynikających z wykorzystania informacji zawartych na naszych stronach. Wszelkie treści umieszczane na niniejszej stronie internetowej chronione są prawem autorskim.






